Czas.

 Gdyby mi ktoś powiedział rok temu, dwa lata temu, trzy lata temu, że będę na zamkniętym oddziale psychiatrycznym, to w życiu bym w to nie uwierzyła… że będę musiała funkcjonować w tak bardzo specyficznym miejscu i będę mieć problem, żeby znaleźć chociaż jedną osobę, z którą mogłabym porozmawiać… że będzie mi trudno żyć z innymi pacjentami, ale, też, że  aż tak długo będę docierać się z pielęgniarkami… 

Jak tu weszłam to miejsce mnie tak przeraziło, jak nic nigdy wcześniej . Miałam więc dwie naturalnie utarte ścieżki, dwa schematy. Albo idę w złość i walkę albo idę lęk. Poszłam w lęk i ucieczkę, bo czym innym były słuchawki o każdej godzinie dnia ? Stworzyłam sobie swój świat, do którego nie wpuściłam nikogo. Teraz po dwóch pełnych tygodniach nie czuję już strachu. Czuję się tu pewniej. Czyli czuję się tu silniejsza, stąd te moje szybkie odpalenia, o których pisałam ostatnio… 

O ile łatwo było mi wytłumaczyć moje zachowanie i przeprosić za nie Panie Pielęgniarki, to z pacjentami jest tu inaczej. Z nimi z żadnego powodu nie muszę żyć w dobrych relacjach. Nie mam tez za co przepraszać i nie chce mieć stąd znajomych, tym bardziej przyjaciół. Z kilku powodów. Słyszałam, że nie wszyscy po wyjściu żyją długo i szczęśliwie… nie chciałabym poczuć bólu z powodu straty. Po drugie, boję się zaangażować w relacje z osobą, która tak bardzo cierpi, której nie pomagają leki, psychiatrzy i psycholodzy… czułabym się źle nie potrafiąc pomóc osobie na której mi zależy. 

Jest jedna dziewczyna Elsa, z którą jestem na sali, z którą wymieniam może 5 zdań w trakcie dnia. Że już są leki, albo, że ale irytująca jest ta nowa pacjentka. Nic głębszego. 

Rozmawiałam dzisiaj z Kropką. Miałam dzisiaj do niej mega dużo cierpliwości, tłumaczyłam jej, że ten jej wewnętrzny krytyk mówi jej, to wszystko co myśli, że inni myślą o niej… że to nieprawda. Zwierzyłam się ze swojego problemu, usiadłam niżej od niej, podkreśliłam ogromny postęp jaki zrobiła na moich oczach. Wydawała się podniesiona tą rozmową. Jakby tak było, to zrehabilitowałabym się za wczoraj, czy tam przedwczoraj.

Zdecydowaną większość czasu spędzam w swoim łóżku. Ponieważ nie biorę udziału w żadnych zajęciach grupowych poza spacerami… i patrzę na korytarz… nie mogę się nadziwić co tam widzę. Generalnie mam widok na miejsce do ładowania telefonów i czajnik. To tu generalnie (no i może też w palarni) odbywa się życie. Widzę te ciągłe pielgrzymki. W jedną i drugą. Widzę jak te laski się mieszają. Chodzą pod rękę, młoda ze starszą, nowa ze stałą bywalczynią. Rozmawiają, wydaje się, że mają o czym. Otwierają się na siebie. Pomagają sobie. Wożą starsze panie wózkiem w tą i z powrotem… pilnują jedna druga, gdy którejś spada pieluszka. Ratują się jedzeniem i papierosami, wymieniają się, robią sobie bliki, przytulają, gdy komuś jest ciężko. No ja tego nie mam. I zastanawiam się na ile to jest jakiś lęk społeczny. Na ile mój świadomy wybór. A na ile konsekwencja jakiegoś mniej przemyślanego zachowania. 

Pozwalam sobie na zabawne wymiany zdań z Panią starszą od Arlety (wczoraj namawiała mnie, żebyśmy kogoś poprosiły o drinki i żebyśmy sobie trochę dziabnęły)… ona i tak jak Dory cierpi na brak pamięci krótkotrwałej, więc tutaj nie ma mowy o stworzeniu więzi. Czasem też pozwalam przytulić się do siebie Kulce, zwłaszcza kiedy sama potrzebuję przytulenia. 

Jestem też w poprawnych stosunkach z Panią, która wszyscy traktują, jakby nie do końca kumała , byłyśmy kilka dni na jednej sali. Od początku dzwoni z mojego telefonu do syna, znała numer na pamięć i zawsze sensownie z nim gada. Nie rozumiem dlaczego traktują ją jakby nie kontaktowała… 

A poza tym, to najwiecej czasu spędzam tu z Vito Bambino, Igo, Darią Zawiałow, Dawidem Podsiadło, Nosowską i całą resztą męskiego grania. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jeśli dziś jest wtorek, to znaczy, że.

Koniec.

Najsmutniejsze sto lat…