Do przodu.
Coś we mnie pękło. Ale to dobrze. To najlepiej. Zacznijmy od tego, że od samego początku jest mi tu niewyobrażalnie ciężko. Moja wewnętrzna natura, która zna swoje prawa, zwłaszcza do wolności i decydowaniu o sobie bardzo się buntowała! Ok, przyszłam tu dobrowolnie, ale wyjść nie jest już tak łatwo. I całą moją złość związaną z brakiem wolności wypowiadałam dosadnie. Nie szczypiąc się wcale.
I tak jedną Panią pielęgniarkę nazwijmy ją Sympatyczną, zwyzywałam, gdy ona ( też krzykiem) kazała mi ściągnąć słuchawki ( z którymi przez pierwszy tydzień byłam przyspawana, by nie docierał do mnie żaden dźwięk i żadne słowo z oddziału). Generalnie foch. Z obu stron.
Kolejna Pani nazwijmy ją Szturmowcem, była pierwszym moim nieprzyjemnym spotkaniem. To była osoba, która zamiast odpowiedzieć mi na dzień dobry, spojrzała na mnie i zapytała: stolec był? I tego samego dnia jak miałam ogarnąć płytkę ze zdjęciem rtg mojej prawie złamanej ręki zaczęła panikować, że moja SZW (siostra z wyboru) przyniosła mi ją nie w godzinach odwiedzin,( tyle, że miałam załatwić ją jak najszybciej) i dała mi ją do ręki. Wyrwała mi ją wyrzucając intruza z oddziału mówiąc do widzenia i wypychając ją… moja SZW nawet nie zdążyła na mnie spojrzeć, krzyknęłam tylko nad ramieniem Pani Szturmowca, że zazwyczaj jest tu milej. Uprzejmie doniosłam o tym mojej Pani psychiatrze prowadzącej. Musiała interweniować, bo Pani Szturmowiec była już dla mnie przesympatyczna. Można? Można.
Kolejna sytuacja, była w sobotę, nie chciałabym brzydko nazywać tej Pani, nazwijmy ją zwyczajnie Panią Zieloną, bo taki miała uniform. W sobotę miałam genialny dzień… a raczej połowę dnia. słońce pięknie świeciło. Zrobiłam sobie herbatę z miodem i cytryną, usiadłam z książką i waflami ryżowymi z kremem czekoladowym (a to sukces, bo mam duży problem z jedzeniem tutaj) sama w jadalni. Wymieniłam się kilkoma miłymi wiadomościami na mojej grupie Zarządu z Chłopakami i to wywołało u mnie jeden z niewielu tutaj uśmiech. I wtedy właśnie zawołali mnie na EKG. Poszłam. Wcześniej miałam tylko raz to badanie. Nie pamiętałam dokładnie jak to wygląda. Powiedziałam to wchodząc tam. Poprosiłam o instrukcje co do przygotowania się, bo nie wiem co i jak… dostałam instrukcje: skarpetki w dół, koszulka pod szyję i położyć się, ręce wzdłuż tułowia. Tak zrobiłam. Pani przyczepia mi te wszystkie ustrojstwa: do kostek, nadgarstków, następnie mówiąc: ‚a teraz zdejmę stanik’ po prostu postanowiła to zrobić. Bez pytania, tak naprawdę bez uprzedzenia i bez mojej zgody. No to był gruby gnój dla mnie. Pół dnia później dochodziłam do siebie i chyba już wspominałam wcześniej ( przy okazji wpisu o Kropce) z nerwów wydrapałam sobie kawał skóry z ręki…
Kolejna sytuacja miała miejsce dzisiaj, chociaż było coś jeszcze w międzyczasie. Natomiast dzisiaj miała miejsce bezsensowna, szczeniacka wręcz kłótnia w której wyprowadziłam z równowagi kolejną Panią Pielęgniarkę z samego rana, przy mierzeniu ciśnienia, albo raczej zamiast mierzenia ciśnienia, bo skończyło się w końcu na nie wykonaniu tej czynności. Przynajmniej ominęło mnie moje ulubione pytanie o odwiedziny pana stolca, który jako jedyny może przychodzić poza godzinami odwiedzin… Nie będę tego opisywać, bo wstyd (tej kłótni w sensie).Takie totalnie bezsensowne nakręcanie się…
Leżąc tu, kiedy jedynymi obowiązkami w dniu jest dbanie o higienę, pomiar ciśnienia i branie leków, ma się dużo czasu na przemyślenia. Nawet, jeśli 2 h z życia weźmie Ci psycholog, albo pół godziny Pani Prowadząca. Po analizie doszłam do wniosków, że to może nie do końca wina tych wszystkich Pań. Coś mi podpowiada, że skoro jest tych sytuacji konfliktowych kilka, to wina być może leży również w jakiejś części po mojej stronie… nie dawało mi to spokoju. Zwłaszcza, że zobaczyłam kolejną niesprawiedliwość… Pani Sympatyczna nie wpuściła kilka dni temu w jednym czasie 3 osób do mnie i jedna musiała czekać aż ktoś inny wyjdzie, żebyśmy mogli siedzieć w trójkę przy czteroosobowym stole. Ot tak, dla zasady. Dzisiaj jednak sama osobiście wpuściła trzy osoby do innej pacjentki. Początkowo chciałam ją wziąć za kudły i kazać liczyć osoby przy stole… ale postanowiłam pooddychać… i przyszła do mnie myśl wpajana mi przez Panią Prowadzącą i Pana Psychologa. „Proszę się zastanowić , co to Pani da”. I wtedy właśnie coś we mnie pękło. Ten bojowy nastrój, ta agresja, chęć walki…
Zobaczyłam obie Panie, Panią Sympatyczną i Panią od niezmierzonego ciśnienia w dyżurce. Podeszłam do nich i powiedziałam:
‚Drogie Panie. Wiem, że dobre wrażenie można zrobić tylko raz. Wiem, że ja tego nie wykorzystałam. Natomiast chciałabym, żeby Panie wiedziały, że jest mi tu strasznie ciężko i trudno. Jestem totalnie zagubiona i taki mam wypracowany mechanizm obronny, dlatego chciałam obie Panie przeprosić, bo zdaje sobie sprawę, że obie Panie na to zasługujecie’.
Serce mi biło jak szalone, nogi miałam jak z waty i oczy miałam pełne łez. To było szczere, a co najważniejsze ja to wiedziałam i czułam. Nie pamiętam kiedy ostatnio coś jednoczenie wiedziałam i czułam, bo generalnie w większości czasu nie czuję. Niczego. Wiem, że kocham, ale nie czuję miłości. Pustka. Wiem, że kocham piec, ale tego nie czuję. Wiem, że tęsknię, ale tego nie czuję. Za to czuję brak wolności, ale wiem, że generalnie jestem wolna. Czuję wściekłość i smutek, ale tak naprawdę nic złego i smutnego się nie dzieje. Myślę, że to przez chorobę i leki, nie mam takiego połączenia rozumu i serca…
Chciałam podkreślić też wzorową postawę obu Pań. Oczywiście przyjęły przeprosiny. Powiedziały, że przy pierwszej wizycie w szpitalu osoby ‚świadome’ mają trudności z adaptacją takie jak ja, a nawet dużo gorsze. Obie pochwaliły mnie za postępy. I UWAGA! Pani od niezmierzonego ciśnienia, również przyznała, że jej podejście do mnie i reakcja nie były ok i mnie również przeprosiła. Dlatego Pani od niezmierzonego ciśnienia, będzie dalej nazywana Panią Mocno Ok.
Komentarze
Prześlij komentarz