Skąd się bierze COŚ?

 Pomimo zapewnienia Kubusia Puchatka z filmu Krzysiu, gdzie jesteś, że z niczego czasem biorą się najlepsze cosie, to jestem zdania, że coś nie bierze się z niczego… 

Że trzeba zasiać ziarno, by zbierać plon. Że trzeba ćwiczyć, by być najlepszym w czymś na miarę swoich możliwości. Czyli wystarczająco dobrym. Zwyczajnie. Trzeba swojego wewnętrznego Krytyka nauczyć nowych zasad. zasad, w których on nie ma nic do powiedzenia. Dobrze jest żyć wg zasady, że jeśli nie masz nic do powiedzenia, to nic nie mowisz. Dlatego uważam, żeby mówiąc coś, do drugiego człowieka było to coś dobrego, zeby te cosie które tworzymy były dobre, najlepsze i piękne…

 Dzisiaj był obchód. Miałam za dużo emocji i absolutnie żadnego odpuszczania, akceptacji i powierzania. Ale, tak jak wspominałam coś nie bierze się z niczego… przerabiam teraz jedna z najmądrzejszych książek jakie mam . Ona mi przypomniała zadanie, które już robiłam w mojej psychoterapii: spisanie swoich zalet i powtarzanie ich tak często, żeby one stały się moimi naturalnymi myślami na swój temat, nie te rzeczy, którymi karmi mnie mój wewnętrzny krytyk… nie chcę go słuchać. Dobrze, że mam listę tych moich zalet, bo w tym momencie mojej choroby byłoby mi ciężko je w sobie powiedzieć. Ale mam świadomość, że to są szczere opisy mnie, dokładnie pamiętam, jak to pisałam i co wtedy czułam. Także tak, wystarczy sobie przypomnieć i powtarzać i powtarzać i powtarzać… to tak jak na siłowni, drabinka nie zrobi się w tydzień. Te ćwiczenia trzeba powtarzać, do tego potrzeba czasu. 

A ja jak zwykle chce szybko, wszystko, teraz, perfekcyjnie…. Muszę się nauczyć zwolnić i czekać.

Opowiem Wam o tym obchodzie… 

Zawsze pada sakramentalne pytanie: jak się Pani nazywa, a później: jak się Pani czuje? Ja miałam spisane kilka punktów w telefonie. Od rana stresowałam się tak tym obchodem, że mnie mdliło i miałam ymmm… rozstrój żołądka. To chyba najsympatyczniejsza nazwa tego czego nie nazwę tu po imieniu. Nie wiem dlaczego, pierwszy raz się tym tak przejmowałam. Cała byłam roztrzęsiona. Jak zostało mi zadane to pytanie, to powiedziałam: źle śpię i w niektórych sprawach mam progres, a w niektorych nie. I tyle. No, generalnie fajnie, czy fajnie w ch*j? 🤦🏼‍♀️ 

Doktor coś mowil, ze w domu zawsze jest coś do zrobienia, to się człowiek bardziej męczy i łatwiej śpi, a tutaj się zdarzy nam w ciągu dnia zasnąć dlatego ten sen tutaj może nie być idealny. (Ja w ciągu dnia spałam tu raz, ale to totalnie nie jest istotne). I poszli wszyscy dalej, do Bulinki i Elsy. A one powiedziały same ważne rzeczy,  same najgorsze. Bez pieprzenia, że nie mogą spać… obchód był już w innej sali. Wściekłam się na siebie. Zaczęłam im ( tym moim dziewczynom) mówić , że ja na obchodzie nic nie potrafię powiedzieć, a one jadą z grubej rury. Że one się nie szczypią, jak ja , że nie będą tyle narzekać…I mówię, NIE! muszę to wszystko co miałam zapisane w telefonie powiedzieć Ordynatorowi, bo mnie wypuszczą, a ja za miesiąc tu znowu wrócę. Wstałam założyłam crocsy, zrobiłam dwa kroki i tak mi się zakręciło w głowie, że gdyby nie stolik przy łóżku Bulinki, to bym leżała… Chwyciły mnie dziewczyny i od razu przybiegły pielęgniarki. Doprowadziły mnie do łóżka, usiadłam na nim. I Pielęgniarka Szturmowiec (uwielbiam) mnie uspokoiła. Powiedziała że mam się położyć, ale ja, w mojej głowie nie mogłam się położyć. Odpowiedziałam, że nie mogę, a kiedy zapytała dlaczego, to usłyszała, że dlatego, że jestem największą pipą ( pipa pipa~ Lejdis) na świecie. Że na pytanie Ordynatora „jak się Pani czuje” odpowiedziałem, że źle śpię. I nic więcej. Pielęgniarka Szturmowiec powiedziala, że każdy tak ma, że mam sobie spisać wszystko na spokojnie, a później przeczytać. Głupio mi było, ale przyznałam się, że mam spisane tylko się wstydziłam czytać... 🤦🏼‍♀️🤦🏼‍♀️🤦🏼‍♀️ I zaczęłam płakać , że ja nie chce tu wracać. Że nie mogę. Że muszę stąd wyjść super zdrowa, bo JA NAPRAWDĘ NIE CHCĘ TU WRACAĆ! (wybrzmiało ? Serio nie chce).

Pani Szturmowiec obiecała, że załatwi mi, żeby moja Pani Prowadząca jeszcze dziś ze mną porozmawiała, zaproponowała też lek doraźny ( potrzebowałam) i po chwili go dostałam. Nie wiem skąd ten lęk… może to wszystko bierze się z tego mojego braku zrozumienia i pozwolenia na nie czucie uczuć, które napewno u mnie są, tylko choroba lub leki na nią mi je zablokowały. Pani Prowadząca była na sekundkę, bo dzisiaj wszystko długo trwało i nie zdążyła najzwyczajniej, porozmawiamy jutro. Za to mój Pan Psycholog wyzdrowiał, miał dla mnie dzisiaj czas i udało się z nim pogadać o tej całej sytuacji właśnie, o tych moich obawach powrotu tutaj. Mam już małą strategię. Jutro sobie to poukładam… i biorę się do działania. 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jeśli dziś jest wtorek, to znaczy, że.

Koniec.

Najsmutniejsze sto lat…