Stany.
Wczoraj miałam znowu to cholerne uczucie, o którym na początku stycznia mówiłam mojemu psychiatrze ( wklejam fragment):
Nie wiem jak to nazwać, ale strasznie się męczę w sobie. jest mi psychicznie niewygodnie. I jeśli się nie zajmę czymś (czytaniem, graniem, filmem) to jest mi coraz bardziej niewygodnie i narasta to we mnie tak, że chce mi się krzyczeć. To jest tak, jakby było się na najnudniejszym wykładzie na świecie w pierwszym rzędzie. Trzeba trzymać fason, bo wykładowca patrzy. Wykład trwa już 6 h i 59 min. Została minuta do końca. I ja jestem w tej minucie uwięziona. W dodatku w wykładzie nie było przerwy, a ja wypiłam około 2 litrów płynów.
Kumacie klimat tej czasoprzestrzeni, w której tkwię…?
Dzisiaj miałam kolejną rozmowę z moim Panem psychologiem. Nie byłam na niej sobą, byłam nieobecna, nie mogłam się skupić na rozmowie. Byłam taka, trudno to opisać słowami, mój Brat zawsze leje, jak mu pokazuje jaka jestem po lekach… i teraz taka właśnie byłam. Wyobraźcie sobie mnie, siedzącą, zgarbioną z nieobecnym wzrokiem, przechyloną głową i raczej smutną… taka byłam podczas półgodzinnej rozmowy, z której wyszłam, zrobiłam z 10 kroków do swojej sali, gdzie zaczęłam się z niczego głośno śmiać. Ale dniach, hihihi…. Ja pękałam ze śmiechu, lałam tak, że aż wstyd. No miałam zwyczajny atak śmiechu, ale ten śmiech był bez sensu… nie czułam się po nim fajnie… raczej dziwnie. Położyłam się , zaczęłam czytać gazetę, po chwili zaczęłam być tak wściekła, że miałam ochotę w coś uderzyć. Oddychałam, zrobiłam sobie trening uważności. Myślałam, że minęło. Ale nic bardziej mylnego, ostatnia fazą przed wzięciem leków doraźnych był atak płaczu. Lek mnie uspokoił, wyrównał.
Musze o tym z kimś pogadać…bo nie wiem skąd się wzięły te emocje… czy to dobrze, bo się odblokowują , czy to jednak tak nie powinno wyglądać, bo powinno być stabilniej. … nie mam pojęcia.
Komentarze
Prześlij komentarz