Sobota. Ostatnia.
Jeśli byłam smutna, ponieważ trudno mi się było pogodzić z faktem, że Bulinka i Golaska się już poddały, to wyobraźcie sobie co czuję wiedząc, że Elsa w tym właśnie momencie (po 4 dniach na zewnątrz) siedzi na izbie przyjęć czekając na przyjęcie. Jest jej obojętnie gdzie ją przyjmą, czy tu, czy w Gnieźnie, czy w Kościanie. Akurat w niej pokładałam największe nadzieje na brak powrotu. Tymczasem życie pisze własne scenariusze.
Mój pobyt tutaj mam nadzieje, że był na tyle wydłużony, że jestem już serio stabilna. Tak się czuję, ale czuję się tak w miejscu bez bodźców, bez pracy, ogarniania życia jakim zrobienie obiadu w aktualnym i kupienie kafelków i lamp w drugim domu… czuję się tak w miejscu, w którym obcy ludzie pilnują, żebym zażywała garści leków systematycznie i w odpowiednich ilościach, gdzie nie mam klamek do okien (o ironio) również na trzecim piętrze… w miejscu, w którym zawsze jest w porze śniadania i kolacji świeży chleb i masło (tyle co kot napłakał, ale jest)…
Oczywiście, że jest tu trudno (zwłaszcza dla mnie), bo nic, naprawdę nic nie zależy tu ode mnie… a to jest generalnie duża sprawa dla mnie. Ale tak szczerze to nie mogę się doczekać wszystkiego co mnie tam czeka! Jestem ciekawa jak sobie z tym wszystkim poradzę. Nie chcę już nigdy zaciskać zębów, pięści i dupy ostatkiem sił mówiąc, że jakoś dam radę, ze wszystkim. Dam z siebie dużo, ale nie wszystko. Najwięcej dać muszę sobie. A ta lekcja w psychiatryku pokazała mi jeszcze bardziej, że dokonywałam dobrych wyborów i/ lub miałam mnóstwo szczęścia do ludzi którymi się otaczam…
Komentarze
Prześlij komentarz