dom. ciąg dalszy.
Kiedy wyszłam do domu i okazało się, że nie płaczę z byle powodu poczułam się silna. Myślałam o sobie dobrze. Myślałam o sobie, jak o osobie serio ok zdrowotnie. Nadążałam za życiem. Co prawda za życiem na zwolnieniu lekarskim, ale wrzucanie mnie tuż po szpitalu w wir pracy byłoby tożsame z wypisaniem skierowania do ponownego przyjęcia na oddział psychiatryczny i to na CITO... Zajęłam się sobą sama, bez Pań pielęgniarek, które kazały pokazywać usta, czy rzeczywiście połknęłam leki. Dbałam o siebie. Spałam odpowiednią ilość godzin, robiłam rzeczy ważne, ale umiałam też odpuścić. Oczywiście nie obyło się bez wsparcia bliskich, którzy stopowali mój zapał do życia na pełnych obrotach... Jednak to nikt inny , tylko ja umiałam się zatrzymać, poobserwować sytuacje i odnieść się do swoich myśli, zamiarów i tego, co usłyszałam od innych. Głównym celem stało dla mnie odnalezienie się w nowej sytuacji. Do czasu akcji z Panem Majstrem, o której poprzednio pisałam. Omówiłam ją z moim Psychologiem. Wytłumaczył mi, to tak, że w sumie to oczywiste, ale sama bym na to nie wpadła, pomimo moich wcześniejszych lat psychoterapii,ta w której teraz uczestniczę jest czymś zupełnie innym. Jest aktualnie związana z moim pobytem w szpitalu, oraz moim stanem po powrocie do domu po kryzysie w chorobie z postawioną diagnozą: ciężkiej depresji i zaburzeń osobowości typu borderline.
Ale do rzeczy. Mój psycholog wytłumaczył mi, że sytuacja w której się znalazłam przez pana majstra to nie jest powrót choroby, że nie zostanie mi tak na zawsze, to jest moja reakcja chorobowa, na dość silne wydarzenie. Jest to oczywiście nad wyraz , wyolbrzymione, ale uwaga... takie właśnie ma być i musi być. Nic nie należy przyspieszać, nie walczyć z tym, tolerować, obserwować, dać sobie czas. Tym razem ta sytuacja trzymała mnie 10 dni. Mam tu na myśli, że spałam po 11-13h dziennie, jeśli wstawałam wcześniej niż o 11:00, to spałam kilka godzin w ciągu dnia. Byłam smutna i z trudem udawało mi się wstawać z łóżka, na nic nie miałam ochoty, nic mnie nie satysfakcjonowała i raczej nic nie cieszyło. Znowu leżałam, nic nie robiłam, miałam do tego wyrzuty sumienia i miałam nadzieję, że jak wystarczająco długo będę chować się pod kołdrą przed światem, to uda mi się zniknąć... Nie udało się, stało się za to coś zupełnie innego... W 11 dniu wstałam ze świetnym humorem, z uśmiechem na twarzy i ciałem pełnym energii... Zwyczajnie mi puściło. Mój powrót do zdrowia powinien teraz za każdym razem skracać takie depresyjne stany. Ja robię co w mojej mocy, by zdrowieć, biorę leki, chodzę na terapię, nie przeciążam się. Paradoksalnie, za sytuację z panem majstrem powinnam mu podziękować, bo wiele mnie nauczyła. Oczywiście tego nie zrobię, bo dla mnie (i nie tylko dla mnie) jest zwykłym chamem.
Komentarze
Prześlij komentarz