Kolejny wpis

 Boże ! Jak dobrze , że ja to wszystko pisałam, że mogę w dowolnym momencie wrócić do tych sytuacji i do tych emocji. Do pytań i odpowiedzi jakie sobie stawiałam. Jak dobrze, że to potrafię. Że piszę tak w punkt, że tak dobieram słowa, że ja potrafię sobie dokładnie przypomnieć to o czym pisze, a Wam udaje się to sobie wyobrazić. Już dawno porzuciłam myślenie, że można iść prosto po domysłach, że bez zadawania dodatkowych pytań się wie. Nie. Nie wie się. Za bardzo się od siebie różnimy. 

Jak czytam, że dbałam o siebie i się nie przemęczałam i że wstaje już z uśmiechem  na ustach i ciałem pełnym energii to się generalnie nie poznaje. Ile rzeczy zmieniło się w międzyczasie! Szok! 

Przeprowadziłam się,  niestety nie udało się tego zrobić ani na L4 ani na urlopie. Tylko po części, przy największym zapierdolu chodziłam już do pracy. Byłam zmęczona. Wykończona . Gdyby nie Mateusz , który wsadził tyle czasu, pracy, energii i wszystkiego , to by się nie udało. Ja bym się załamała. Nigdy wcześniej nie był aż tak bardzo moim partnerem. Takim totalnie bezsprzecznie skoncentrowanym, żeby mnie wesprzeć i wyręczyć , żeby dać mi przestrzeń na moje chorobowe odpowiedzi na sytuacje, których trochę było. Czułam się wobec tego co się działo przytłoczona. I tylko dzięki niemu mnie to nie zgniotło! 

Aktualnie miejscem w którym czuję się najlepiej jest niestety znowu praca. Trochę więcej się tam dzieje dla mnie niż na początku. Dzięki czemu, mogę z satysfakcją wykonywać swoje zadania. Trzeba tylko uważać, żeby nie przesadzić…

Dostałam ostatnio zadanie domowe. Miałam odpuszczać kontrolę. Jak tak zaczęłam się obserwować , to okazało się, że sporo tego jest. Oto zapisek z tego zadania: Na wstępie, moja kontrola, to mój wewnętrzny strażnik bycia dobrym człowiekiem, tak generalnie. 

Ale jak się tak chwilę poobserwowałam, to mam mnóstwo takich małych rzeczy, które o niczym głębszym nie świadczą, jak tylko o tym, że bezwiednie mam nad nimi kontrolę. 

Tzn jest tak, że mam w sobie dwa rodzaje kontroli: dużą i małą. Nie wiem jak inaczej je nazwać. Duże mają wpływ na moje i innych życie ( choćby w najmniejszej kwestii). Małe nie mają tak naprawdę na nic wpływu. W swoich oczach jestem bałaganiarzem, moja mama mi to wpaja całe życie i ja już z tym nie walczę. Tak jest. Tym bardziej zdziwił mnie fakt, jak dużo tego mam. Jak mimowolnie układam kartkę prosto na nieswoim biurku, jak czekając aż mi się zrobi kawa układam czajnik, żeby rączkę miał równolegle do ściany. Jak zobaczyłam , że ktoś w pracy wpakował kubki nie na ich miejsce, dopiero po ułożeniu ich na swoje miejsce zauważyłam, co ja właściwie robię? I wtedy postanowiłam włożyć je znowu tam gdzie błędnie leżały, ale musiałam przy tym bardzo głęboko oddychać, bo to mnie aż wykręcało, aż mnie bolało coś w środku. Naprawdę. 

Z kolei z dużych rzeczy, które zrobiłam to np. Będąc w sklepie odłożyłam produkt nie na swoje miejsce, tylko w zupełnie przypadkowe. Pierwszy raz w świadomym życiu. Zawsze szłam przez cały sklep , jak chciałam z czegoś zrezygnować. Teraz czuję, że pozbawiłam się prawa narzekania na ludzi, którzy ładują szynkę w chipsy bo im się odwidziało… zrobiłam kilka prywatnych rzeczy będąc w pracy. Zajęło mi to najwyżej 20 minut, skróciłam sobie więc przerwę, żeby nie przygniotło mnie to aż tak bardzo, tzn nie poszłam na przerwę w ogóle. Dwa dni z rzędu. 🤦🏼‍♀️🤦🏼‍♀️


Ale zrobiłam też coś bardziej niepokojącego. 

W wieczór w piątek i następnego wieczora tak bardzo chciałam nie mieć kontroli, że wzięłam jakąś chorą ilość leków. Ja raz na jakiś czas lubiłam sobie alkoholem zresetować głowę i właśnie stracić tą kontrolę. Teraz nie mogę pić alkoholu, myślałam , że tabletki pomogą. Ale nie pomogły. To było silniejsze ode mnie. 

A najgorsze jest w tym wszystkim to, że ja tak naprawdę jestem przekonana, że nad niczym nie panuje w swoim życiu, że mam kontrolę nad tym w jaki sposób odkładam kubek do zmywarki ale nie mam kontroli nad tym co zrobię po powrocie z pracy do domu. Powinnam ogarnąć dom. Zrobić  sobie sałatkę. Iść na spacer. Iść na basen popływać lub na aerobik w wodzie. Spotkać się z przyjaciółmi. Tymczasem robię jeszcze większy burdel. Kolejna starą sałatę wyrzucam, by jutro kupić nowa i ja też wyrzucić. Leżę w łóżku i udaje, że mnie nie ma. Od około roku płacę 90 PLN na kartę multisport z której nie skorzystałam ani razu. I nie odbieram telefonów od przyjaciół. Tak to ze mną jest. 

Kolejna rzecz, którą dzisiaj wypuściłam  ze swojej kontroli to radio w samochodzie , które było wyłączone ponad rok, bo irytowały mnie dźwięki. Co ja mówię! Bylo wyłączone od początku wojny na Ukrainie, bo moja psycha nie dźwigała wiadomości. Musiałam się więc odciąć. A później to już też było powodowane tym moim dźwiękowstrętem. Tzn denerwował mnie każdy dźwięk nad którym nie miałam kontroli, to właśnie wtedy i przez to postanowiłam przyspawać sobie słuchawki do uszu. 39 551 to liczba moich minut spędzonych na Spotify w 2024r, to tyle, co mój bratanek, który jest DJ i generalnie żyje z muzyki i dla muzyki. Nikt inny oprócz niego z moich znajomych nawet się do tego nie zbliżał. Bo jeśli to nie pasja i praca, to już choroba. Nie ma innej opcji.  Teraz pracuje bez słuchawek, ale samochodem zdecydowanie wolę jeździć ze swoją muzyką niż przypadkową. 

Wiem, że jeśli to czytasz, to w dupie masz, czy mam na sobie słuchawki, czy siedzę w ciszy w domu. Wiem, że masz w głowie te tabletki. 💊 też bym miała. Też mam. Bo nie dały rady. Niczego mi nie dały. Ja nie chce zrobić sobie krzywdy. Otrzymałam pytanie, czy to nie  była ‚próba’ . Nie. Zdecydowanie nie. Ja potrzebuje resetu .na ten moment nie wiem, czym jest to, co może mi go dać. Wczoraj zrobiłam sobie „próbę alkoholową” , żeby w ogóle zobaczyć jak się po tym będę czuć. Wmusiłam w siebie pół litra piwa żywiec biały z nutą malinową. Nic wielkiego się nie wydarzyło. Także tego. Z niczym nie przesadzam o ze wszystkim próbuje się ostrożnie obchodzić. Widocznie tak ma być . Być może zupełnie w czymś innym odnajdę to czego szukam. Może wystarczy poszukać tam, gdzie mnie nie było?!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jeśli dziś jest wtorek, to znaczy, że.

Koniec.

Najsmutniejsze sto lat…