Posty

Kolejny wpis

 Boże ! Jak dobrze , że ja to wszystko pisałam, że mogę w dowolnym momencie wrócić do tych sytuacji i do tych emocji. Do pytań i odpowiedzi jakie sobie stawiałam. Jak dobrze, że to potrafię. Że piszę tak w punkt, że tak dobieram słowa, że ja potrafię sobie dokładnie przypomnieć to o czym pisze, a Wam udaje się to sobie wyobrazić. Już dawno porzuciłam myślenie, że można iść prosto po domysłach, że bez zadawania dodatkowych pytań się wie. Nie. Nie wie się. Za bardzo się od siebie różnimy.  Jak czytam, że dbałam o siebie i się nie przemęczałam i że wstaje już z uśmiechem  na ustach i ciałem pełnym energii to się generalnie nie poznaje. Ile rzeczy zmieniło się w międzyczasie! Szok!  Przeprowadziłam się,  niestety nie udało się tego zrobić ani na L4 ani na urlopie. Tylko po części, przy największym zapierdolu chodziłam już do pracy. Byłam zmęczona. Wykończona . Gdyby nie Mateusz , który wsadził tyle czasu, pracy, energii i wszystkiego , to by się nie udało. Ja bym si...

Świat.

Często wspominam szpital. Raczej bez negatywnych emocji. Nie paraliżuje mnie strach, nie czuję poczucia ulgi, że mnie tam nie ma, nie smucę się, gdy myślę o tym czasie. Tak naprawdę, to trochę nadal w nim tkwię. Teoretycznie mam dostęp do noży, sznurków, sznurowadeł, alkoholu, dużej ilości tabletek i wszystkich innych niebezpieczeństw, od których mnie izolowano jeszcze miesiąc temu. Jest jedna, na maksa niewygodna rzecz, która mi została po szpitalu, taka, która tam była totalnie jakby ok, 'na miejscu' , wytłumaczalna, nierobiąca na nikim większego wrażenia... Zazwyczaj o tym nie myślę, nawet w domu tego nie zauważam. I czasem się totalnie zapomnę, tak jak to zrobiłam na urodzinach mojej bratowej... Zauważyłam to dopiero przy stole, siedząc obok jej siostry i naprzeciwko jej brata i jego partnerki. Nie wiedziałam co mam z sobą zrobić. Następnego dnia szłam na szybko po coś do sklepu i znowu to zauważyłam. Chodzi o moje blizny, mam w nich całe ręce, nie są to klasyczne blizny ja...

dom. ciąg dalszy.

 Kiedy wyszłam do domu i okazało się, że nie płaczę z byle powodu poczułam się silna. Myślałam o sobie dobrze. Myślałam o sobie, jak o osobie serio ok zdrowotnie. Nadążałam za życiem. Co prawda za życiem na zwolnieniu lekarskim, ale wrzucanie mnie tuż po szpitalu w wir pracy byłoby tożsame z wypisaniem skierowania do ponownego przyjęcia na oddział psychiatryczny i to na CITO... Zajęłam się sobą sama, bez Pań pielęgniarek, które kazały pokazywać usta, czy rzeczywiście połknęłam leki. Dbałam o siebie. Spałam odpowiednią ilość godzin, robiłam rzeczy ważne, ale umiałam też odpuścić. Oczywiście nie obyło się bez wsparcia bliskich, którzy stopowali mój zapał do życia na pełnych obrotach... Jednak to nikt inny , tylko ja umiałam się zatrzymać, poobserwować sytuacje i odnieść się do swoich myśli, zamiarów i tego, co usłyszałam od innych. Głównym celem stało dla mnie odnalezienie się w nowej sytuacji. Do czasu akcji z Panem Majstrem, o której poprzednio pisałam. Omówiłam ją z moim Psycholog...

DOM.

 Próbuję się poczuć znowu jak w domu. Powinno być prosto, bo jestem w domu. Tyle, że wszystko jest inaczej. Serio, jest naprawdę dziwnie. 2,5 miesiąca mojego pobytu w szpitalu zmieniło moją relację z moim Młodym. I bardzo mi się to nie podoba. Próbowałam z tym walczyć, próbowałam to wyprzeć... Nic z tego, ale na żałobę nie mam zgody. Wiszę więc w jakiejś dziwnej relacji, która mi w ogóle nie odpowiada... Coś się chyba skończyło, on się zmienił, jakby dorósł, jakby tylko udawał przede mną moje dziecko. Ciekawa jestem, czy to wydarzyłoby się gdyby nie spotkało go takie traumatyczne wydarzenie, na które naraziła go moja choroba. Nie obwiniam się o to, bo wiem, że to nie moja wina, nikt choroby nie wybiera. To ona wybiera nas... 🙈 Całe szczęście jest to jedyna relacja, którą uszczknęła moja choroba. Wydaje mi się, że całą resztę wzmocniła. To niewiarygodne, ile dostałam wsparcia. Jestem pewna, że nawet więcej niż potrzebowałam... Wszyscy moi bliscy, stali się jeszcze bliżsi, za co jes...

O tej starej piosence.

Ostatni raz przyszła mi na myśl i przesłuchałam tej piosenki 15.10.2023r. Wtedy też z ogromnym poświęceniem i wiarą zaprosiłam ją do tworzenia tej chwili, naszej ogólnopolskiej, ale też  i prywatnej historii zapisanej tylko w naszych (moich Chłopaków i mojej) głowach …  Wcześniej zaprosiłam ją do tworzenia wspomnienia  już tylko prywatnego 04.09.2016r… (ostatni dzień pracy w Chacie Polskiej) Dziś jest trzeci raz. Myślę, że nie ostatni. Oczywiście wiem, że ona nie do końca pasuje, że jest poświęcona nieszczęśliwej miłości, ale tak bardzo chcę i dziś ją metaforycznie z miłością i nostalgią, ale również dumą jaką odczuwam z rozstania zaprosić do mojego dnia… Oczywiście chodzi o Mieczysława Fogga i piosenkę Ta ostatnia niedziela… Nie dziś, ale jutro się rozstajemy na wieczny czas… napisałam to bez namysłu, ogólnie raczej z pokorą mówię o żegnaniu ze szpitalem, wydaje mi się że mogłabym w to wierzyć z troszkę większą odwagą i nadzieją… wierzę w to i wierzę temu, że jestem...

Sobota. Ostatnia.

  Jeśli byłam smutna, ponieważ trudno mi się było pogodzić z faktem, że Bulinka i Golaska się już poddały, to wyobraźcie sobie co czuję wiedząc, że Elsa w tym właśnie momencie (po 4 dniach na zewnątrz) siedzi na izbie przyjęć czekając na przyjęcie. Jest jej obojętnie gdzie ją przyjmą, czy tu, czy w Gnieźnie, czy w Kościanie. Akurat w niej pokładałam największe nadzieje na brak powrotu. Tymczasem życie pisze własne scenariusze.   Mój pobyt tutaj mam nadzieje, że był na tyle wydłużony, że jestem już serio stabilna. Tak się czuję, ale czuję się tak w miejscu bez bodźców, bez pracy, ogarniania życia jakim zrobienie obiadu w aktualnym i kupienie kafelków i lamp w drugim domu… czuję się tak w miejscu, w którym obcy ludzie pilnują, żebym zażywała garści leków systematycznie i w odpowiednich ilościach, gdzie nie mam klamek do okien (o ironio) również na trzecim piętrze… w miejscu, w którym zawsze jest w porze śniadania i kolacji świeży chleb i masło (tyle co kot napłakał, ale jest)…...

Miało być inaczej

Przyszłam tu z założeniami. Że wyjdę po miesiącu, że będę miała wpływ na swoją głowę, że z nikim się tu nie zakoleguję, że nigdy nie zjem czekolady w środku nocy, że będę tęsknić… niewyobrażalnie.  Tymczasem dziś minął 9 tydzień. Nie miałam absolutnie żadnego wpływu na swoje zdrowienie. Bardzo zżyłam się i mocno zakolegowałam z moimi dziewczynami… dziś , kiedy wyszły bardzo za nimi płakałam. Może nie czekoladę, ale wjechał niejeden musik i może z dwa wafelki. Większość czasu byłam wypruta z takich uczuć jak tęsknota i miłość… i trudno. Nie miałam na to wpływu. W końcu przestałam o to i z tym walczyć i przestałam robić sobie o to wyrzuty.  Strasznie cieszę się, na to moje wyjście, ale, oczywiście jest jakieś ale, trochę się też tego boję… po tak długim czasie izolacji od świata i życia zwyczajnie się boję wrócić. Generalnie czuję się na siłach, czuję, że dam radę, że mam narzędzia do dalszego zdrowego życia i mam ludzi wokół, na których zawsze mogę polegać i których mogę prosić...